come back flashback

Myślałam, że ten blog już umarł. Bez wielkich gestów i oficjalnego strącenia z sieci. Zmieniłam się. Zmieniły się okoliczności. Wyglądam normalnie, żyję normalnie…. koniec sajkoekscesów i neurodramatów.
Ale nie. To, co stworzyło tego bloga, żyje nadal. I ma się dobrze. Niezachwiane jak wiara, że to co robi jest dobre. Że idea, metoda i rezultat są dobre. Że ja jestem dobra, jako logiczny efekt dobrej linii produkcyjnej.
Moje „bycie dobrą” opiera się na braku jakichkolwiek złudzeń. Błąd. Moje bycie dobrą opiera się na wytresowanej grzeczności.
Cieszę się, że jesteście ze mnie tacy dumni, że możecie się mną chwalić na sąsiedzkim grillu. Tak, rozumiem, że nic mi się już nie należy. Nigdy nie należało.

„Zostaw to” mówi mi w głowie Bastet z „Amerykańskich bogów”
„Spierdalaj” mówi instynkt samozachowawczy.
„Bierz, ile dają. I spierdalaj” mówi głos z lewej.

Gdyż łaska wasza na pstrym koniu jeździ.

o zaglądaniu w zęby darowanemu

I tak znalazła mnie praca.
Z przypadku, farta… i w dużej części z marzeń.
Może czas przerzucić się na będąc-młodą-weterynarką.blog.pl… wmówić sobie miłość do pracy, gdy nie będę miała czasu dla podróży. Wmówić sobie miłość do medycyny, tak jak wmawiałam sobie do tylu innych M jak miłość. Może czas zapisać się na tango, wrócić do jeździectwa, wyprowadzić z Ursynowa, myśleć logicznie, odżywiać racjonalnie, postępować rozważnie i żyć ostrożnie. Wydorośleć.
I tyle w tym strachu i niewiadomych, że nie sposób nie zjeżyć się jak do kolejnego wyzwania. Fale adrenaliny wyrzuciły na brzeg zapomniane ambicje. Tylko jak długo etat może być przygodą?