kwanty

Obezwładniająco bezreflekcyjna zima.
Chciałoby z czymś się wyrwać moje rozchwianiekobiece, introwertyczne ego, ale jest lodowisko, i suchy chrzęst lodu, basen, rower, kilku ludzi, milion egzaminów, miliard planów… i brak czasu.
Kiedyś napisżę bajkę z morałem. Będzie o małej dziewczynce i destrukcyjnej sile przywiązania. Nie, nie będzie to instruktarzowa nowelka „BDSM dla pedofili”. Erich Fromm wystąpi w roli znawcy tematu „ucieczki od wolności”, palca losu, dziada-czasu, menela lub rybaka. Albo będzie kotem. Lub wroną. Opowiadanie zostanie obligatoryjnie wzbogacone kotem, w celu zagwarantowania mu jakichkolwiek wartości estetycznych.
Tymczasem oswajam przestrzeń. Rozpływam w marzeniach. Zaczynam się tym bawić. Mam setki pomysłów, setki dróg, i każda jest piękna, moja i realna… do momentu zadecydowania (fizyka kwantowa na co dzień). Chwilowo nie mam nic, nikogo, niczego… Wielki błękit. (dopuki metafizycznych zachwytów nie storpeduje brak ryżu na półce. choć chuda i blada będę bardziej zwiewnie-romantyczna)

Nordcapp nie jest piękny. Jest upajający. Stojąc na krawędzi klifu stoi się na krawędzi Europy. Na krańcu tej części świata. Można spokojnie, jasno wybrać kolejny kierunek, kontynent, cel. Morze Północne było wielkim błękitem. Horyzont zlizała mgła.
I tylko muszę zostać sama. Przez te kilka kluczowych miesięcy. Niezależna, niezawisła, niezwiązana. Jedyne, czego nie mogę, to oglądać się na ciebie… i paradoksalnie, to wydaje mi się najtrudniejsze.