frozen

tak, jest wigilia.

Do jakiego stopnia można kogoś ignorować? Do bólu?
Patrzę na niego, i rejestruję go tylko jako element przestrzeni. Nie czuje żalu, nie czuję współczucia nie jestem zła, nie chce mi się tłumaczyć, dlaczego go nie lubię. Wszystkie zarzuty miałyby charakter historyczny, ale de facto i tak kompletnie mnie nie obchodzą. Jestem ponad tym, jestem poza tym, nie ma mnie.
Siedzę tutaj, bo nie chce mi się oglądać wiadomości na TVP. Niech ma chwilę rozrywki w święta.
To jest ignorancja na miarę unicestwienia. Żadnych emocji. Żadnych myśli. Nie żyje. Nie istnieje.
Tak, podam mu herbatę. Nie, nie mam z nim o czym rozmawiać.

I jedna cicha, zimna idea. Czy potrafię to przenieść dalej? Czy potrafię to przenieść na ciebie? na was?

mała świąteczna apokalipsa w wydaniu kieszonkowym

Za oknem cisza, i mróz. Zleżały śnieg.
W mieszkaniu cisza. Ulver z Not Saved live.

Minęła wigilia. Już kolejna, jeszcze nie ostatnia tego grudnia. Odmienne, miłe, nie moje. Na każdej jestem i będę tylko gościem. Nie zależy mi na niczym więcej. Prawdopodobnie na niczym mi chwilowo nie zależy.
Może można przechrzcić „samotność” na „wolność”, może można przełączyć się na regge, zmienić fryzurę, rękawiczki i myśli. Może można przefarbować kota.
Nie wiem, co chcę robić po studiach. Nie wiem, jak chcę żyć. Chyba wiem, czego nie chcę.
Tu wszystko się kończy. I nikt tego nie powstrzyma. Jeszcze kilka miesięcy i „mój Ursynów”, „moja skarpa, górka i kabaty” rozjadą się do dawnych domów, a „moja Warszawa” znów stanie się tylko wielką, obcą scenografią mojej krótkometrażowej tragikomedii. „nieuniknione” daje taki spokój. Sedacja, stagnacja, rezygnacja.
Wyjaśniam i układam kolejne sprawy, szkicuję plany, krochmalę powinności. Zamykam za sobą kolejne rozdziały. Kilku z nich musiałam poderżnąć gardło.
To nie jest spokój.