chińskie tortury na szczurzych łapkach

Gdybym mogła się mścić zamykałabym ich w klatce własnej głowy.
Akcja reakcja. Wina i kara.
Wtedy zobaczyliby wszystkie te emocje.
Spuszczane ze smyczy przez ich słowa. Rzucające się do gardła. Zalewające oczy.
Poczuliby ten duszący ścisk wszystkich trzewi. Lokalne eksplozje splotu słonecznego. Paradoksalną tachykardię potykającą się o własne załamki rozedrganych skurczów. Tętno walące o ściany czaszki.
Hordy emocji, myśli i uczuć. Chaos, bezdradność, panikę.

a potem ciszę. spokój. szary piasek pod stopami. i chłód.

kwiat lotosu czy golonka?

stylistycznie niepoprawnie i o kulawej treści.

Przydługa lista spraw, wobec których w końcu będę musiała się określić.
Bo przecież „nie można mieć wszystkiego”. Skomponuj własną kolekcję kotwic, kul, kajdan i obciążeń. Do każdego łańcucha złudzenia i nadzieje gratis.
Wy/godne życie, czy język ojczysty w mowie potocznej?
Podróż bez granic, czy swój własny bezpieczny kąt?
Kariera, czy życie osobiste?
Profesjonalizm czy imprezy?
Orgazm, czy miłość?
Smak czy light?
Wygląd czy głód?
Zaufanie, czy bezpieczeństwo?

A może można mieć wszystko. Może zakres naszych możliwości zależy tylko od tego, jak bardzo potrafimy wykorzystywać innych ludzi. Jak bardzo pozwalają nam się wykorzystywać inni. I jak bardzo pozwala nam wykorzystywać ich nasza „przyzwoitość”.
„Przyzwoitość” :P zaćwierkał anielski głosik niepokalanego sumieniątka.
Quite amusing, isn’t it?

does nothing else matter?

Nad tysiącami głów zatrzymał się czas. Wiał wiatr spod gwiazd i wschodził rudy księżyc. Scena pulsowała oktaryną.
Z policzkiem w Twoich włosach byłam tu i teraz.

I znów daliśmy sobie tą magię chwil.
Kolejny moment czaru, cudu i zachwytu.
Do którego prawdopodobnie nie mam już praw.
Do którego prawdopodobnie nie powinnam wracać.
Którego prawdopodobnie nie powinno już być.

Magia, która nic nie tworzy
nic nie łączy
nic nie zmienia

kolejna perełka, którą zamienię w kamień.

*autorka nawet angielskiego już nie umie. a po francusku tylko jeden temat

z liskiem w refrenie

Głaszczę swoje emocje.
Pod otwartą dłonią miotają mi się sztormy i bezkreswleczą pustynie umierania.
Nie potrafię ich ujarzmić.
Więc tylko wyciągam rękę. Pozwalam im na te burze w szklance wody mojej głowy. Mają dla siebie miejsce, i czas… w zamian za mój pozorny spokój.
Muszę uwierzyć w ten spokój. Muszę stworzyć ten spokój.
Oswajam. Powoli, ostrożnie. Mały krok i wielkie czekanie. Na miękkich kocich łapkach niezauważalnie skracam dystans. Też się boję. Wyciągam lekko rękę, i czekam. Chciałabym wierzyć, że pachnę troche inaczej.