departure

Lubię spokój ostatniego prysznica.
Stały, rozrzutnie silny strumień nieco zbyt ciepłej wody.
Myję się chirurgiczie, z pedantyczną starannością, na zapas.
Zmywam naskórek stabilizacji, spłukuję pot stłoczonego miasta.
Czekające, rozleniwione wygodą ciało. Zaspane mięśnie.

Spokojnie, płynnie dryfują myśli.
Kiedy będę miała następną okazję się umyć? Gdzie? Rano czy wieczorem?Za drzwiami czy zasłoną?
Jaki kolor będą miały kafelki? Sciany, podloga?
Jaką temperaturę będzie miała woda? (!!!!)

… dlaczego prysznic… może rzeka…

black red white

Jest coś dojmująco smutnego w tym przepięknym domu smaku i porządku. Pastelowe ściany, miękkie dywany. Doniczki. Doniczki. Doniczki. Na szafkach, półkach i parapetach w barwnej glinie schną cytryny.
Przez kryształowoczyste okna słońce wlewa się z bezapelacyjną, wiosenną radością i ślizga po suchej ziemi i lśniących doniczkach. Po wspomnieniach piórek, szyszek i kamyczków. Obtłuczonym dziobie ptaszka, połamanej sikorce i stłuczonym słoniku. Nawet płowiejące grzbiety książęk coraz bardziej obce; nie moja ich kolejność, nie moje odciski palców.

A przecież to naturalna kolej rzeczy. Sukcesja wtórna. Odchodzą łęgi, a nie pustynia.

flow w cieniu blanka

(pierwszy spływ. Carrot, Misznę, Kinga i autorka)

wyłowili kajak, policzyli straty, rozwlekli po pastwisku mokre ciuchy…. i zapalili sheeshe.

- Myślisz, że jak szybko płyniemy?
- Wolno… tak jak rzeka.
- Ale przecież wiosłowaliśmy. Więc szybciej.
- Ale teraz stoimy. Więc nas nurt dogonił.
- … bo nigdy nie wejdziesz do tej samej rzeki…
- Tak… carpe diem
- chyba panta rei?
- I tabula rasa
- de javu
- de vollaile

- Ty nie podskakuj… małolato!- a.
- Ty… ty… ty wegetarianko!- M.

wiosennie

„ptak to jest stwór tajemniczy, co nigdy człowiekowi nie ulegnie, a zatem z ptakiem, zapamiętajcie sobie, lepiej nie zadzierać”

„Mikołaj nie wiedział, że babie trzeba ukręcić łeb, jeśli chce się z nią żyć”.

Wiedziałeś?

I może tylko narkotyczny sen pozwoli mi dopełznąć na skraj lasu.
Przez pole minowe wiosny. Taka piękna wiosenka pod warszawskim niebem. Szachownicę psich gówien już niemal wchłonęła kiełkująca trawka szmat trawników. Resztę dzieciaczki pracowicie przekopały w piaskownicach.
I naród wyległ strojny i chojny na kabackie łono natury. Tłuste dupy w getrach do biegania. Nordic walking nordic fucking. Grille.
I to muszę mieć, a tamto chciec. To jest modne, tamto wygodne, poprawne, zabawne, kształcące, bawiące, pierdolące.
Z nieludzkiego dystansu patrzę na ten cyrk.
Outsider. Ojojoj.
Z niebezpiecznego bliska patzrę Ci w oczy.
I jeśli kiedyś, staniesz się moim moralnym kręgosłupem, ukręconego łba…
weźmiemy się za ręce
wyjdziemy na ulice
i zaczniemy zabijać.