update szczęścia

-No to jedź tam sobie z tym swoim… kolegą- Tata
- To mój chłopak, nie kolega, nie musisz być taki protekcjonalny
- No przecież jeszcze miesiąc temu był tylko kolegą!
- Miesiąc temu się nie znaliśmy.

Już za dwa dni… fjordy białymi nocami…

This house is no longer home

Don’t give up on the dream już tylko zduszonym szeptem.
Jak mantra.
Ale ja potrafię być bardzo uparta.

Od jutra nie palę i nie przeklinam, ale dziś jeszcze siłą napędową będzie wkurw. Najsilniejsza siła jaką znam…

błuhuhuhuhu*… biedne, bezbronne skrzywdzone maleństwo, w ramach rewanżu, zamieni wasze życie w piekło. Buhuhu wszyscy źli a ona taka krucha i delikatna, niewinna i zagubiona.

Ona tylko tego chce. Czuć się „pokrzywdzoną”. Tak najłatwiej.

* błuhuhu – Mechaniczna pomarańcza.

where is my mind

Płacę mandaty, czekam na zielonym, kupuję złe podręczniki (w tytule była biologia i zaczynało się na „m”), myję zęby kremem do rąk…
To nie jest słodkie. Ani urocze.
Zwolnienie chorobowe z odpowiedzialności karnej, cywilnej i moralnej :)

Rozpuszczam włosy i czekam na wiatr :)

Tak, to ukłon w Twoją stronę.
Tak, to cały czas autocenzura.
Ale właśnie odkryłam, z właściwą sobie spostrzegawczością, że notki mogą być ukryte… więc może agonia bloga zostanie przedłużona o kilka transparentnych wpisów, zanim przestanę się bać…
Może tylko poczeka na refren…

Tymczasem modliszka powinna przekrzywić łebek i nieruchomym spojrzeniem hipnotycznych oczu śledzić rozwój sytuacji… chłodno i z dystansu…
Modliszki chyba nie latają.

No love no glory

Wielki spokój.
Pracuję. Dokładnie, delikatnie, coraz sprawniej. Ani z pasji, ani z obowiązku. Bez porywów powołania i klęsk złych wyborów.
Nagle wyrzuciło mnie na autostradzie konieczności, jedynej drodze, prostej, po horyzont. To jest to co będę w życiu robic. To co chcę i muszę…
To nie daje radości. I powodów do dumy. Nie ma nic wzniosłego w ratowaniu ptaków. Po zdjęciu opatrunku nie ma szumu skrzydeł chwytających wiatr, żaden krzyk wolności nie wzbija się pod niebo… Ptak z bolesnym jękiem tłucze sztywnym kikutem… matowe pióra walają się po podłodze.
Tu nie ma miejsca na piękno przyrody. Smród, ból, strach. Chore nie może byc piękne. To się wyklucza naturalnie i konsekwentnie.
„To” też mnie nie przeraża. Zadnego smutku czy frustracji… Zawisłam.

I razem z uczuciami wyrugowało ze mnie wszystkie ambicje i oczekiwania. Nie muszę by zauważana. Nie musicie o tym wiedziec. One tez nie muszą, i nie będą wdzięczne…

I tylko boję się, że nigdy nie będę tak dobra, jak one na to zasługują.

Wciąż nie wiem, gdzie przebiega granica między „spokojem” a „obojętnością”, „realizmem”, a „znieczulicą”, „poświęceniem”, a „ambicją”…
Nikt mi tego nie zakreśli kredką. I nie mam nikogo, kto poprowadziłby mnie za rękę. Chciałabym miec do siebie zaufanie.

ojczyznę kochac trzeba i szanowac

Po kilku dniach kroczenia w chmurach zawsze zapobiegliwie zaczynam sobie wizualizowac nadchodzące katastrofy i porażki, którymi przyjdzie mi zapłaci za euforyczne loty… Poza tym, bezkarne, różowe zadowolenie jest stanem jak najbardziej nieestetycznym, żenującym i ułomnym… Ból świata, ból istnienia i ból niezrozumienia…

Już nie chce mi się krzyczec, malowac, afiszowac, tatuowac, farbowac włosów, sznurowac glany po kolana… Naprawdę największym buntem wobec tego co mnie otacza, byloby życ normalnie w tym nienormalnym kraju. I byc szczęśliwą.
W tym (s)pierdolonym raju nad Wisłą.

i właśnie tego nie potrafię.