błędne ognie są w mieście

- Wiesz, gdy już zracjonalizujesz sobie koniec, i podświetlisz cienie… to nawet nie jesteś pewien, czy przeszłość to były fajerwerki, czy tylko błyski blędnych ogni nad bagnem chuj wie czego.
- Wypływasz na nowe czarne oceany.

Płotka majowa

I bierzesz co dają. Bezwstydna.
I bierzesz co dają. Pokorna.
Nie rość sobie prawa do zawodu. Nie masz najmniejszego prawa do zawodu. Nie będziesz mieć.
Wszystko z góry określone. Tam są drzwi, tu okna, to, to, to i to to szlabany. Tam wara, tu milcz. W parku jesteśmy kolegami. W drzwiach barów i lokali znajomymi. W lesie przyjaciółmi. W łóżku kochankami. We dnie, w nocy, o świcie, o zmierzchu o ile niewidoczni- bezprzykładnie zakochani. O ile widoczni- przykładnie półobcy. O ile trzeźwa- wzorowo spokojna.
Tylko za dużo nie myśl. Tylko nie myśl. Nie myśl. „Tylko ty sobie nic nie myśl”… że kiedykolwiek wyjdziesz gdzieś dalej. Ponad cycki i dupę. Ponad orgazm i krzyk. Ponad kawę i czaty.

Jesteś trupem w szafie. Krępującą zabawką. Anegdotą opowiadaną w trzeciej osobie, i pod pseudonimem. Parafilią.
I tylko sobie nic nie myśl. Nie masz żadnych podstaw do złudzeń. Najmniejszych praw do poczucia zawodu. Nikt cię nie okłamuje, ergo nikt cię nigdy nie zrani. Nigdy nie zawiedzie. Nigdy nie skrzywdzi.
Rozłóż nogi. Zamknij oczy. Otwórz usta. Jesteś taka piękna.
Zrozum mnie. Słuchaj mnie. Jesteś taka mądra.
Przytul mnie. Oddaj się. Jesteś taka dobra.

Triss Merigold Syndrome

30.04
Nazwali to Triss Merigold Syndrome. Jakie życie, taka magia. Paskudna, jak wiedźmińska morda.
Triss-Syndrome: Twoja gwarantowana dupa; Twój murowany chuj.
Nie ma w tym nic obraźliwego. Każdy kogoś takiego ma. Jeśli jest na tym parkiecie wystarczająco długo. Pewny, sprawdzny i zaufany. Pewna, sprawdzona i zaufana. Same cnoty. Zawsze i pomimo wszystko dostępni. Hedoniści, złapani na haczyk mocnych wrażeń i nieskrępowanej wolności, podbitej lojalnością starej przyjaźni. Sentymentalne dziwki o złotych sercach. To się po prostu dzieje. Poza polem pogardy czy wstydu. Poza dyskusjami. Wbrew założeniom. Po wódce. Bez wódki. Jakimś cudem i z premedytacją.
Ona mogła być jego ostatnią miłością, kurwą lub ćmą. On mógł być jej mistrzem, błędem czy psem.
Koniec końców jesteś tylko ciałem. Ciepłem. Potem. Ruchem. Paznokciami.
Czyimś czasem. Czyjąś przestrzenią. Kolizyjną orbitą.
For-fun-fuck.
Holiday-fuck. I’m-so-overworked-fuck. Colour-my-life-fuck. Forget-it-fuck. Do-not-forget-it-fuck. Revenge-fuck. Whatever-fuck.
Zadzwoń- będę. Napisz-jestem. Bez żadnych zobowiązań, oczekiwań i paragonów. Jednak bez sentymentów.
A potem okazuje się, że to jednak on ma najmądrzejsze rozwiązania do wszystkich twoich na wpół wypowiedzianych problemów. Że to ją możesz zalać wszystkimi swoimi dramatami. Nie, nie obrazi się. Nie, nie zachłyśnie. Nie ona. Chora żona, chore dziecko, chujnia w pracy. Pokaże ci zdjęcie. Nie, nie chcesz patrzeć. Ale oglądasz. Taka rola. I słuchasz tych spowiedzi ze zdrad, wstydu i wątpliwości. I opowiadasz o swoim lęku, bólu czy bezczuciu.
Spotkacie się jutro, we wtorek, za tydzień albo pół roku. To nie jest przyjaźń. To nie jest miłość. To nie jest byle seks.
Jej jednak bywa z tym niewygodnie, choć przecież nie czuje nic. On.. skąd mogę wiedzieć.
To będzie wracać. Z przerwami na: wakacje z rodziną, zakochanie, złudzenia, próby normalności, próby dorastania, próby rozsądku, święta, kolejne zakochanie, kolejne tym-razem-poważne związki, kolejne upadki, kolejne nadzieje…
Taka dobra oferta. Zbyt dobra.
Może jedyna słuszna.
Może jedyna w tej cenie.
I z tą zdolnością kredytową.

My dear episode

So you say, we’re so aware. Hell yeah. We’re so clever, so aware, so sincere. We’ve got out from the matrix. We see everything so clearly. We’ll never get entrapped by this „pink love story dream” again.
We’ve seen it all. We’ve tasted it all. We’ve spewed it all.
We see it from the distance now. All this delusions. Hopes and dreams. Sweet common lies to ease our existance.
And we know, it will never happen again to us. We are cool, we are cold, we are distanced and balanced. We can use our bodies so freely. Our bodies and so-called-souls. There’s no more traps in front of us. No surprises as well.
We’ll never believe in this fairy tales again.
So we’ve got out from the matrix. Don’t you want to go back?

*

„To też nie jest tak, że tylko kumple, ale naprawdę bardzo nadal cenię sobie to co nas (myślę) łączy. Jesteś zajebistym człowiekiem…. i superdupą”.

Przeglądam się w waszych oczach. Tylko w nich wyglądam dobrze.

Najlepsze rozmowy tylko w umowach na kartę. Bez rejestracji. Bez doładowania.

- Wiesz Ann, ty weź sobie wolne, i przyjedź do mnie. Chociaż na jeden dzień. Odpoczniesz. Przegadamy wszystko. Zrelaksujesz się.
- No nie wiem… pomyślę.
- Właśnie o niczym nie będziesz musiała myśleć. Nawet szczoteczkę do zębów możesz standardowo zapomnieć, bo cały czas mam tu gdzieś Twoją.
- ??? Żartujesz??? Przecież mnie już z rok u ciebie nie było?
- No i? Przecież się nie przeterminowała.

Wzruszające.

Cytat

.

Ciebie już nie ma
Całe są tylko oczy
Osobno fragment biodra
I stopa

Gdyż nie ma większej rzeźni
Niż pamięć

— Tomasz Jastrun

Papugi

Mój kolega twierdzi, że wszystkie papugi ostatecznie można połączyć w pary. To tylko kwestia czasu i wysiłku. Prób i starań.
Potem są szczęśliwe.
Powszechnie wiadomo, że azjatyckie małżeństwa aranżowane są trwalsze niż te zachodnioeuropejskie, z miłości i wolnego wyboru. Szczęśliwsze.
Bardziej skłonna jestem ufać ptakom, niż ludziom.
Co jednak, jeśli miłość również jest kwestią czasu? Co, jeśli wybór, nasze sztandarowe dobro, jest największym przekleństwem? Wieczni konsumenci stojący w kolejce po najlepszy model. W promocji, z okazji, na raty, z drugiej ręki, z odzysku, kradziony, bity, zepsuty ale markowy, bez klasy ale z kasą, markowy, prestiżowy, z pozycją, z kontem, z samochodem, zbyt wysoki, za niski, za gruba, za płaska, nie-czarnooka, nie-orlonosy…
Loreal. Jesteś tego warta. Jesteś więcej warta.
Warta zdychania w samotności.
Bo albo ty jego, albo on ciebie. W supermarkecie możliwości nie sposób jest twkić przy starym modelu.