lipcowy

Jesteśmy już tak blisko
twój nóż
na moim gardle

jeden fałszywy ruch
i szukaj
wiatru w polu, kochanie

są jednak inne techniki
nie trzeba znów tak brutalnie

najpierw pętasz jej serce
(wnyki nie muszą być wyszukane
każdy ma
swoje sprawdzone przynęty
one wiedzą
tylko nie potrafią się oprzeć)

potem przycinasz pazury
(ależ kochanie,
teraz masz mnie,
nie musisz się bać,
nie będą Ci już potrzebne)

skracasz
piłujesz
wyrywasz
całujesz palce

kuleje
(skarbie,
to sztuka kompromisu
chodź, oprzyj się
na moim ramieniu)

podcinasz skrzydła
(ależ najdroższa,
jeszcze by mi cię wiatr porwał,
co cię tak ciągnie
wysoko?)

wybijasz barki
wybijasz zęby
stawiasz stopę na karku

i oto jest
Twoja

tak żałośnie zależna
tak nieznośnie kaleka
że tylko odejść

tylko nie rób bzdur
nie rób sobie krzywdy
kochanie

.

To będzie kolejna ślepa uliczka. Źle zainwestowany czas. Wycieczka bez wspomnień. Podróż do nikąd.
Tyle chybionych chwil.Tyle gestów i słów, do których nie będzie można wracać. Tyle słów, których nie warto było wypowiadać.

I ta idiotyczna nadzieja, że za kolejnym zakrętem (po wakacjach, po urlopie, w listopadzie, między świętem zmarłych, a niepodległości, na wyjeździe lub w pracy, w parku albo w lesie) nagle coś przeskoczy i wszystko się zmieni. Nie będzie juz coraz bardziej ciemno, pod górę i pod wiatr. I wcale nie odbije się, od kolejnej ściany.

Gdyby Pałko Koeljo tańczył tango

- Zdecyduj się, czy chcesz być blisko, czy daleko… bo tak jak teraz, to nie wiem, jak mam z tobą tańczyć.
- :D Jakie to pięknie życiowe zdanie!
- Bo tango w ogóle jest życiowe.
- Mhm.
- … To jak?
- Daleko.
I można tyle lat tańczyć najmądrzejszy taniec na świecie… a poza parkietem pozostawać durną jak za pierwszym razem.

Bez tytułu

Czy liczymy się tylko, gdy jesteśmy silni?
Wystarczająco silna, by budzić zainteresowanie. Wystarczająco słaba, by być zdominowana.
Interaktywna kukiełka na hormonalne baterie. Oxitocin full load. Charge me.
Charge me.
Ile mi za to policzysz. Ile Cię będę kosztować. Ile mnie to będzie kosztować. Czas? Czas, nic innego nie mam.

Świerszcze

Zaczyna się od jednego niewypowiedzianego zdania.
Niezrealizowanej chęci napisania.
Przemilczanej histori.
Myśli, którą jednak nie chciałam się dzielić.
Czasu, którego postanowiłam nie mieć.
Potem są emocje, o których nie chcesz słyszeć.
Na koniec ja, której nie chcesz widzieć.
I cień stworzonka, którego potrzebujesz.

Małe kroki cegiełek dystansu.
Małe kroki cegiełek muru.
To jedno niewypowiedziane zdanie, które rozrasta się do dnia ciszy.
Było już zbyt wiele wielkich scen. Z innymi. Zbyt wiele dramatów. Z innymi. Zbyty wiele lat. Zbyt wiele słów. Teraz końcem jest cisza.
Z braku lepszego określenia, nazwij to godnościa. Spokojem. Dojrzałością. Jest idealnie.
Jesteśmy przyjaciółmi. Tak wiele rozmawiamy. Czy jadłeś? Co jadłeś? U Ciebie też świeci słońce?

błędne ognie są w mieście

- Wiesz, gdy już zracjonalizujesz sobie koniec, i podświetlisz cienie… to nawet nie jesteś pewien, czy przeszłość to były fajerwerki, czy tylko błyski blędnych ogni nad bagnem chuj wie czego.
- Wypływasz na nowe czarne oceany.

Płotka majowa

I bierzesz co dają. Bezwstydna.
I bierzesz co dają. Pokorna.
Nie rość sobie prawa do zawodu. Nie masz najmniejszego prawa do zawodu. Nie będziesz mieć.
Wszystko z góry określone. Tam są drzwi, tu okna, to, to, to i to to szlabany. Tam wara, tu milcz. W parku jesteśmy kolegami. W drzwiach barów i lokali znajomymi. W lesie przyjaciółmi. W łóżku kochankami. We dnie, w nocy, o świcie, o zmierzchu o ile niewidoczni- bezprzykładnie zakochani. O ile widoczni- przykładnie półobcy. O ile trzeźwa- wzorowo spokojna.
Tylko za dużo nie myśl. Tylko nie myśl. Nie myśl. „Tylko ty sobie nic nie myśl”… że kiedykolwiek wyjdziesz gdzieś dalej. Ponad cycki i dupę. Ponad orgazm i krzyk. Ponad kawę i czaty.

Jesteś trupem w szafie. Krępującą zabawką. Anegdotą opowiadaną w trzeciej osobie, i pod pseudonimem. Parafilią.
I tylko sobie nic nie myśl. Nie masz żadnych podstaw do złudzeń. Najmniejszych praw do poczucia zawodu. Nikt cię nie okłamuje, ergo nikt cię nigdy nie zrani. Nigdy nie zawiedzie. Nigdy nie skrzywdzi.
Rozłóż nogi. Zamknij oczy. Otwórz usta. Jesteś taka piękna.
Zrozum mnie. Słuchaj mnie. Jesteś taka mądra.
Przytul mnie. Oddaj się. Jesteś taka dobra.

Triss Merigold Syndrome

30.04
Nazwali to Triss Merigold Syndrome. Jakie życie, taka magia. Paskudna, jak wiedźmińska morda.
Triss-Syndrome: Twoja gwarantowana dupa; Twój murowany chuj.
Nie ma w tym nic obraźliwego. Każdy kogoś takiego ma. Jeśli jest na tym parkiecie wystarczająco długo. Pewny, sprawdzny i zaufany. Pewna, sprawdzona i zaufana. Same cnoty. Zawsze i pomimo wszystko dostępni. Hedoniści, złapani na haczyk mocnych wrażeń i nieskrępowanej wolności, podbitej lojalnością starej przyjaźni. Sentymentalne dziwki o złotych sercach. To się po prostu dzieje. Poza polem pogardy czy wstydu. Poza dyskusjami. Wbrew założeniom. Po wódce. Bez wódki. Jakimś cudem i z premedytacją.
Ona mogła być jego ostatnią miłością, kurwą lub ćmą. On mógł być jej mistrzem, błędem czy psem.
Koniec końców jesteś tylko ciałem. Ciepłem. Potem. Ruchem. Paznokciami.
Czyimś czasem. Czyjąś przestrzenią. Kolizyjną orbitą.
For-fun-fuck.
Holiday-fuck. I’m-so-overworked-fuck. Colour-my-life-fuck. Forget-it-fuck. Do-not-forget-it-fuck. Revenge-fuck. Whatever-fuck.
Zadzwoń- będę. Napisz-jestem. Bez żadnych zobowiązań, oczekiwań i paragonów. Jednak bez sentymentów.
A potem okazuje się, że to jednak on ma najmądrzejsze rozwiązania do wszystkich twoich na wpół wypowiedzianych problemów. Że to ją możesz zalać wszystkimi swoimi dramatami. Nie, nie obrazi się. Nie, nie zachłyśnie. Nie ona. Chora żona, chore dziecko, chujnia w pracy. Pokaże ci zdjęcie. Nie, nie chcesz patrzeć. Ale oglądasz. Taka rola. I słuchasz tych spowiedzi ze zdrad, wstydu i wątpliwości. I opowiadasz o swoim lęku, bólu czy bezczuciu.
Spotkacie się jutro, we wtorek, za tydzień albo pół roku. To nie jest przyjaźń. To nie jest miłość. To nie jest byle seks.
Jej jednak bywa z tym niewygodnie, choć przecież nie czuje nic. On.. skąd mogę wiedzieć.
To będzie wracać. Z przerwami na: wakacje z rodziną, zakochanie, złudzenia, próby normalności, próby dorastania, próby rozsądku, święta, kolejne zakochanie, kolejne tym-razem-poważne związki, kolejne upadki, kolejne nadzieje…
Taka dobra oferta. Zbyt dobra.
Może jedyna słuszna.
Może jedyna w tej cenie.
I z tą zdolnością kredytową.

My dear episode

So you say, we’re so aware. Hell yeah. We’re so clever, so aware, so sincere. We’ve got out from the matrix. We see everything so clearly. We’ll never get entrapped by this „pink love story dream” again.
We’ve seen it all. We’ve tasted it all. We’ve spewed it all.
We see it from the distance now. All this delusions. Hopes and dreams. Sweet common lies to ease our existance.
And we know, it will never happen again to us. We are cool, we are cold, we are distanced and balanced. We can use our bodies so freely. Our bodies and so-called-souls. There’s no more traps in front of us. No surprises as well.
We’ll never believe in this fairy tales again.
So we’ve got out from the matrix. Don’t you want to go back?